Mam wszystko, na cho...robę mi więcej :)

Mam wszystko, na cho...robę mi więcej :)

Macierzyństwo niesie ze sobą mnóstwo radości. Dwie kreski na teście, bicie serca na usg, kopanie ze środka brzucha, poród :) który boli tak mocno….że nie da się tego opisać, ale finałem jest nieogarnięta radość z powodu ujrzenia swojego dziecka. Potem każdy dzień, chociaż bywa, że jest przechlapane , że ma się dość i towarzyszy ci wieczna ochota na wyskok przez okno, też jest radosny. Uśmieszki, nowe umiejętności, pierwsze słowa, kroki, kurcze to tak cieszy, że nigdy tego nie zrozumiesz dopóki nie zostaniesz rodzicem

Choćbyś przeczytała miliony książek o ciąży, porodzie, niemowlęctwie i wychowaniu małych dzieci, to i tak twoje dziecko wciąż będzie cię zaskakiwać, wzruszać i doprowadzać na skraj załamania nerwowego. Ale ogólnie jest radośnie. Jest wesoło. Ta przygoda warta jest tego wszystkiego, bo przecież ludzie decydują się na kolejne dzieci. Bo decyzja o dziecku, to chyba jedyna z decyzji, których się nigdy nie żałuje. A moja radość, podwójna, trwa, niezmiennie, czasem ją coś zakłóca, ale! Wszystko da się przeżyć.

Najbardziej oczywiście hejtuje choroby. Pewnie trochę grzeszę, bo na szczęście moi chłopcy nigdy jakoś poważnie nie zachorowali ale każdy spadek ich formy był i jest dla mnie powodem do stresu i zmartwień. Ale chłopaki dorastają, można się już z nimi jakoś dogadać, więc zgłaszają, gdy coś im dolega i wtedy szybciej mogę im pomóc. To fakt nad faktami, dzieci chorują i trzeba to zaakceptować. No, ale niestety….matki też chorują i wtedy dopiero jest katastrofa! Sama ostatnio miałam totalny zjazd energetyczny, tak mnie zmogło, że przez 24h byłam nie do życia i przeleżałam cały ten czas w łóżku. Oczywiście durna ja, zamiast się nad sobą użalać miałam wyrzuty sumienia, że nie mam mocy aby ogarnąć całą rzeczywistość i widziałam już ten ogrom zaległości, jakie będę musiała odrobić przez tą moją chwilową niedyspozycję.

Było to jednak dla mnie wzruszające doświadczenie, bo oto okazało się, że prawdziwych synów poznaje się w biedzie. „Mamo, chcę się tobą opiekować” zakomunikował mój pierworodny, ze spaceru przyniósł mi kamienie i żołędzie...wiedział co lubię...chwycił mnie tym za serce. Simo, mały kurczaczek, nie umie jeszcze mówić, ale nie musiał, tak mnie przytulał i całował i czarował tymi swoimi niebieskimi oczętami, żebym szybko wyzdrowiała. Moi wspaniali opiekunowie.

Dobrze wiedzieć, że mogę na nich liczyć :) Chociaż pokutuje przekonanie, że mamy nie chorują, czy też, że mamy nie biorą zwolnienia, to kiedyś dopadnie nas niemoc i miło jest wtedy wiedzieć, że dzieciom nie jest to obojętne. Że żałują nas, a nie tego, że nie będzie obiadu, syf trzeba będzie samemu posprzątać i jeszcze niestety samemu się bawić. Że zmartwią się, tak jak my się martwimy odkąd zobaczyłyśmy te dwie kreski na teście, radujemy się, ale martwimy...to nasza domena. A nic nie pozwoli nam szybciej dojść do siebie niż ta świadomość, że jesteśmy potrzebne, bez nas wszystko się wali i nic nie działa tak jak trzeba :) podszyta przekonaniem, że ktoś to docenia.

Zamiast przystrajać się w piórka
Nie mam niestety zdrowia ze stali,
ale posiadam wspaniałych synali,
którzy w chorobie mnie nie zostawią,
niejedną niespodziankę chętnie mi sprawią.
Przytulą, pogłaszczą, na duchu podniosą,
skarby ze spaceru dla mamy przyniosą.
Ich opieka wnet mnie postawi na nogi.
Tomuś kochany i Szymek mój drogi
nigdy nie zostawią w biedzie mamusi,
wychowanie to moje na pewno być musi.
To ja i Mateo wpajamy im takie wartości,
a oni proszę, ku wzruszeniu i radości
są wspaniałymi opiekunami.
Moi wielcy, chociaż jeszcze tacy mali.